Grube płacą więcej

Wyjątkowa rozmowa z Ulą z Galanta Lala o byciu grubą, dbaniu o swoje ciało i wszelkich wydatkach, które się z tym wiążą.

Ula Chowaniec – autorka ciałopozytywnego bloga Galanta Lala, który w sieci istnieje już niemal trzy lata. Pisze o inkluzywnym body positive – nie takim, w którym akceptować siebie mogą tylko prawie chude białe kobiety, ale takim, w którym absolutnie każde ciało jest wartościowe, ważne i godne.


Emilia (własny spokój): Zacznijmy może od samego słowa grube / gruba. Wiem, że podobnie jak ja starasz się traktować to słowo zupełnie neutralnie.

Mogłabyś wyjaśnić, jak doszłaś do takiego punktu? Czy miewasz momenty, że mimo wszystko ono do Ciebie trafia też z całym tym społecznym bagażem negatywnego postrzegania grubych ciał?

Ula (Galanta Lala): Z pełną świadomością używam słowa gruba, żeby je odczarować. Nie znoszę językowych poczwarek w stylu pulchna czy puszysta – żadne z nich nie jest o moim ciele. Kojarzą mi się trochę ze strachem przed nazywaniem rzeczy po imieniu, a ja lubię mieć jasność. Precyzja w posługiwaniu się językiem jest bardzo ważna, przekonałam się o tym na przestrzeni tych trzech lat blogowania.

Nie mam wpływu na to jak ludzie interpretują moje teksty, ale mogę je pisać jak najjaśniej, żeby zawężać pole do przeinaczania.

Prawdę mówiąc nie sądzę, że da się pozbyć tego całego bagażu, które niesie ze sobą słowo gruba w jedno pokolenie. Nie jesteśmy jeszcze gotowe / gotowi na taki krok.

Łapię się na tym, że o ile nie mam problemu z używaniem tego przymiotnika w odniesieniu do siebie czy całych konceptów, o tyle raczej powstrzymuję się przed tym, jeśli chodzi o inne, konkretne osoby.

Zwłaszcza takie, których nie znam. To trochę jak z amerykańskim n-word – to że w grupa czarnoskórych używa go między sobą, nie oznacza, że używanie go jest powszechnie akceptowane. Zwłaszcza przez osoby spoza mniejszości!

Emilia: Chciałabym bardzo, żeby to słowo było neutralne niezależnie od kontekstu, ale myślę, że masz rację, że to dość życzeniowe.

Mam wrażenie że o ile w kwestiach innego rodzaju wykluczeń włożono już masę wysiłku w przepracowanie pewnych rzeczy (np. mamy już jasny język na rasistowskie mikroagresje, mansplaining, ograniczenia infrastrukturalne wykluczające osoby poruszające się nie wózkach), to nasze prywatne ciała to temat strasznie trudny i śliski, a w Polsce w ogóle świeży. Ten język się dopiero tworzy.

Zobacz, że piszemy do siebie o ciałopozytywności, ale wciąż użyłyśmy angielskiego sformułowania fat tax (podatek dla grubych). Nie widziałam, żeby ktokolwiek po polsku używał wyrażenia kultura diet (diet culture). I z tego braku nazewnictwa wynika też oczywiście możliwość wchodzenia głębiej w różne problemy.

Wychodzenie z zinternalizowanej fatfobii było dla mnie bardzo żmudnym – i drogim (psychoterapia, mnóstwo dziwnych diet po drodze) – procesem. Jak to u Ciebie wyglądało?

Ula: Kultura diet się już pojawia, ale kiedy w 2016 roku zakładałam bloga, słowo ciałopozytywność nie istniało. #bopo było w ogóle egzotycznym konceptem, a tymczasem dzisiaj wszystko jest body positive, od kosmetyków, po jogurty. Jedna z wielkozasięgowych influencer ogłosiła w tym tygodniu, że wypuszcza ciałopozytywny poradnik śniadaniowy, czyli przepisy i porady dietetyczne podbite historią swojego odchudzania. Coś tu chyba pojechało w złą stronę. Pop-wersja ciałopozytywności rozłazi się w szwach, bo nie poszła za nią edukacja, o której mówimy.

My tu w Polsce bardzo lubimy oceniać, zwłaszcza innych. To świetne środowisko dla fatfobii.

Gdzie mogłaby się mieć lepiej niż w kraju, gdzie na myśl o tym, że ktoś może być gruby i mieć to gdzieś, ludzie dostają kolektywnej histerii?

Przeuczanie się w takich warunkach nie może być łatwe. Mnie bardzo pomaga żyłka buntowniczki, wkurzam się i tupię nogą. Jestem Bawołem w chińskim zodiaku i choć generalnie jestem team szkiełko i oko, to czuję duchowe pokrewieństwo z Bawołem. Umiem ciężko pracować, ale jak się zaprę… Po kolejnej nieudanej diecie w końcu się zaparłam, powiedziałam sobie, że dosyć tego bulszitu, który iteracyjnie pogarsza mi zdrowie. Cały czas nad tym pracuję, czytam, edukuję się. Stawiam sobie za punkt honoru znać badania naukowe i publikacje z tej dziedziny.

Emilia: Pewnie się z tym też spotykasz, ale nawet badaniami naukowymi strasznie trudno czasem argumentować – morze tekstów o epidemii otyłości i o tym, że nadwaga zabija jest tak przepastne, że trudno się temu postawić.

Tym bardziej, że osoby, które dyskryminują grube ciała, szczególnie w rodzinie, potrafią chcieć dobrze, tylko chcieć strasznie… przemocowo. Wyśmiewając się z tego ciała, wytykając je, przezywając i powodując tyle stresu, że cokolwiek byśmy nie robiły, sama ta dyskryminacja ma głęboko anty-zdrowotne działanie.

W efekcie się chowamy, staramy się o swoim ciele zapomnieć, zaniedbujemy je. Nie chodzi mi o zaniedbywanie WYGLĄDU ciała, to od razu zaznaczę, tylko o taką z nim bliskość, branie leków, robienie potrzebnych badań, ruch który wspiera nasze zdrowie zarówno psychiczne jak i fizyczne.

No właśnie – jakie inne potrzeby ma ciało grube od ciała chudego?

Ula: To głównie dlatego, że badania, o których mówi się w Polsce pochodzą jeszcze z XX wieku, czyli – przypomnijmy – w najlepszym wypadku sprzed 20 lat.

Nie mówi się o szkodliwości weight stigma i jej konsekwencjach – systemowej dyskryminacji, osamotnieniu, depresji, zaburzeniach odżywiania i całej reszcie.

Te same bzdury utrwalają lekarze, których na studiach uczy się, że wysoka masa ciała jest źródłem wszelkich klęsk i plag. Mało kto dba o aktualizację tej wiedzy, nie kojarzę w Polsce ani jednego lekarza, który by się przyznawał publicznie to podejścia HAES (Health At Every Size; to skupiająca specjalistów związanych z medycyną doktryna, według której masa ciała pacjenta nie jest wyznacznikiem jego zdrowia).

Wszystko to prowadzi do wycofania, o którym wspominasz. Do tego, że ludzie rezygnują z profilaktyki, nie wyobrażają sobie, że można iść ćwiczyć między ludzi czy porzucają myśl o tym, że mogą być w związku, założyć rodzinę czy nawet poszukać lepszej pracy. To nie są pojedyncze przypadki, tylko codzienność wielu grubych ludzi w naszym kraju. Grube ciało ma dokładnie te same potrzeby, co chude – chce być nakarmione, ubrane, bez bólu. Systemowa dyskryminacja upośledza wszystkie te aspekty.

Emilia: Absolutnie, i dobrze sprawę postawić tak jasno.

Mam jednak wrażenie, że jest sfera takiej trochę wiedzy tajemnej dotyczącej metod minimalizowania dyskomfortu życia w grubym ciele. Np. sztyft przeciw otarciom ud, jakich używają też biegacze na dłuższych trasach. Dobre, dopasowane staniki. Joga dla grubych, która uwzględnia, że przy skłonach między tobą a udami jest jeszcze brzuch.

To są tak proste i praktyczne rzeczy, z których jednak można sobie totalnie nie zdawać sprawy przez całe lata, bo zawsze jest ta narzucona perspektywa, że grube jesteśmy tylko chwilowo, na pewno się niewystarczająco staramy bo tam w środku jest chuda osoba.

A tymczasem akceptowanie swojego ciała jakie jest totalnie poszerza perspektywę i pozwala się w ogóle zastanowić – zaraz, przecież są rozwiązania na moje problemy, ten sztyft kosztuje 60 zł i totalnie poprawi jakość mojego życia.

Ula: Jeśli wchodzimy na ten poziom szczegółowości, to tak, jest wiele rzeczy, które ułatwiają grubym ludziom codzienne czynności. Współpracując blisko z markami bieliźnianymi czy odzieżowymi, często widzę potrzebę podkreślania, że to, co szczupła osoba wyobraża sobie na temat plus sajzu niewiele ma wspólnego z prawdziwym plus sajzem. Prosty przykład, jeden z moich ulubionych, czyli dostępność majtek. Marki zapytane o dostępność dużych rozmiarów mówi mamy nawet do 2XL. A to 2XL mogłabym nosić na jedną nogę. Nie ma się co dziwić, niechętnie przyznajemy się do tego jaki nosimy rozmiar, więc dla odzieżówki klientki noszące >50 to mityczne stworzenia. Wystarczy, że wyjdę na ulicę, żeby się naocznie przekonać, że jednak nie.

Jeśli możemy zostać chwilę przy ubraniach, to ja chętnie.

Skandaliczna dostępność ubrań w dużych rozmiarach to jeden z moich ulubionych przykładów systemowej dyskryminacji.

Mam taki dobry przykład dla osób, które nie uważają tej kwestii za istotną. Wyobraź sobie, że jesteś kobietą / osobą o kobiecej ekspresji płciowej i nosisz rozmiar >50. Szukasz pracy, wysyłasz CV i nagle z dnia na dzień masz się stawić na rozmowie kwalifikacyjnej. Jednocześnie wiesz, że nie masz marynarki, bo z poprzedniej wyrosłaś, a generalnie kupowanie ubrania za 300 zł o to, żeby założyć je 3 razy jest zbytkiem, na który sobie nie możesz pozwolić, więc nie przygotowujesz się na takie sytuacje zawczasu. Jak myślisz, jakie masz szansę znaleźć coś w swoim rozmiarze dostępne od ręki? Jeśli do tego dołożymy warunek, ze ma to być opcja budżetowa, to pole manewru zawęża się dramatycznie. Idziesz na tę rozmowę w sweterku i to by nawet było ok, gdyby nie fakt, że pozycja wymaga dresscode’u. Co wtedy?

Emilia: No właśnie, pierwsza rzecz którą słyszy się o oszczędzaniu czy po prostu świadomej konsumpcji to kupowanie z drugiej ręki.

O ile przy rozmiarze 42 jeszcze w second-handach cokolwiek da się znaleźć, to wzwyż jest to po prostu niemożliwe. Jedyną przestrzenią z używanymi ubraniami w moich rozmiarach (48-50) którą znalazłam, jest Vinted. I tam faktycznie można znaleźć fajne rzeczy, ale to jest mocno kwestia śledzenia na bieżąco – to nie jest sklep w którym jak tylko coś potrzebuję, to jestem w stanie znaleźć na teraz.

Ostatnio głośno było o tym, że H&M zupełnie wycofuje swoją linię plus size (która nota bene sięga tylko do 4XL/48). O ile sieciówki to jest ostatnie miejsce w którym chcę kupować nowe ubrania, bo produkowane są w skandalicznych warunkach, to jestem świadoma ich fundamentalnej roli dla osób, które nie mają dostępności albo wiedzy o tanich ubraniach plus size w sieci.

Już nie mówiąc o tym, że także w tych sieciówkach które gamę rozmiarową mają szeroką (np. Asos), ubrania często są szyte totalnie bez świadomości tego jak grube ciało się porusza i dla jakiejś wyimaginowanej sylwetki która ma trochę więcej ciała tylko w konkretnych miejscach.

W takich warunkach zakup najbardziej banalnego ubrania, czy właśnie majtek, staje się szukaniem jednorożca, tego jedynego, który gdzieś się schował w sieci, akurat nawet nam się podoba, w miarę pasuje i jest w zasięgu finansowo.

Z perspektywy swojego ciała, w co inwestujesz a co kupujesz najtaniej jak się da?

Ula: Kwestia mody ma dwie strony i o obu warto powiedzieć. Zacznę od sieciówek. Dotknęłaś kwestii linii H&M+. Z przyjemnością stwierdzam, że ich 4XL to nie jest 48, nie w linii plus sajzowej. Ta konkretna marka dostarcza na rynek ubrania sporo większe niż 48, zdarzało mi się kupować te ubrania i to co na mnie, osobę noszącą rozmiar 50, pasowało to często był 2 – 3 rozmiar od dołu, z marginesem u góry. To nie jest jeszcze wymarzona dostępność, ale rozmawiając o modzie warto zwrócić uwagę, że to duzi gracze pierwsi zauważyli klientki plus size. H&M, KappAhl, bonprix – bez ich obecności na rynku wiele z nas mogłoby zapomnieć o ciuchach mieszczących się w bieżących trendach. To warto chwalić, chociaż jest to chwalenie z gwiazdką, bo część z nich oferuje ograniczony – względem reszty oferty – asortyment.

Dużo złego mówi się o braku odpowiedzialności odzieżowych gigantów, w większości zasłużenie. Daleka droga przed nimi, ale mało kto wie, co na przykład robi HM, żeby tę sytuację zmieniać. To mój ulubiony przykład, bo jet to duża, skandynawska firma, na której prawo obowiązujące w Szwecji wymusza wiele rzeczy i, wbrew pozorom, z wielu rzeczy rozlicza. Każdego roku w ramach raportowanie pozafinansowego wypuszczają raport na temat swoich aktywności w obszarze zrównoważonego rozwoju, którego lekturę serdeczni polecam. Nie rozgrzesza to ich z wielu praktyk, ale pokazuje kierunek, w którym można prowadzić biznes, żeby naprawiać zło, które wyrządza światu żądza zysku. Ubrania z sieciówek, zgadza się, są bardzo nierówne. Można znaleźć wśród nich perełki, można i byle co.

Ważne jest, żebyśmy miały świadomość, że ubrania z sieciówki to nie są ubrania szyte NA NAS. To znaczy: to są ubrania, które są przemysłowo przeskalowane od małych rozmiarów.

W skalowaniu nie jest tak, że można idealnie wystopniować rozmiar 50 z 36, bo im szersza odległość między rozmiarami, tym większe szanse, ze coś się sknoci. Z tego powodu jedna z moich ulubionych marek bieliźnianych projektowanie zaczyna od środka swojej rozmiarówki, a następnie pracuje w dół i w górę skali.

Konstrukcja ubrań to sztuka i musi kosztować. Nie zastanawiamy się nad tym codziennie, ale przecież stworzenie dobrej konstrukcji wymaga ogromnej wiedzy, doświadczenia i wreszcie wyobraźni. Im bardziej komplikowana bryła, tym więcej tych wszystkich składników potrzeba, żeby zrobić dobrze leżące ubranie.

Stąd możemy już wskoczyć w ceny i wrócić do naszych dwóch stron medalu. Prawda jest taka, że możliwość niekupowania w sieciówkach to oznaka konkretnego przywileju materialnego, którego wiele Polek nie ma. Zachwyca mnie, że mówimy dużo o świadomym kupowaniu, organiczaniu konsumpcji i rozliczaniu firm z etyczności działań. To są bardzo piękne słowa, ale istnieje całkiem spora grupa osób, które mając do wyboru kupno koszulki a butów dla dziecka, nie będzie się zastanawiać dwa razy. Jest też – znacznie większa – grupa klientek, które choć mogłyby sobie pozwolić na kupowanie rzadziej, ale dobrej jakości odzieży, wybiera sieciówki, bo lubi mieć dużo opcji. Woli kupić 2 bluzki zamiast jednej. I to też trzeba rozumieć.

Z trzeciej strony, na zbiór wszystkich klientek nakłada się jeszcze jeden profil – kobiet narzekających na jakość w sieciówkach i na wysokie ceny. Ponieważ relacja zarobków do wydatków w Polsce jest na tle Europy Zachodniej skąd pochodzą sieciówki, zachwiana, mamy poczucie, że wiecznie przepłacamy. Czy słusznie? Moim zdaniem nie. Jeśli płacę za sukienkę 109 zł, to nie oczekuję po niej niczego ponad to, że będzie tubą z dzianiny. Koszty prowadzenia biznesu w Polsce są koszmarnie wysokie, zwłaszcza w odniesieniu do małych firm, prowadzących produkcję lokalnie. W naszym odczuciu 400 zł za sukienkę to zdzierstwo, ale z tych pieniędzy kupuje się materiał, płaci za robociznę, a wreszcie odprowadza się podatki. Jeśli się nie bierze tego pod rozwagę, to łatwo jest żyć w przekonaniu, ze wszyscy nas okradają.

Zobacz jak wygląda polski rynek odzieży plus size- mało kto ma odwagę wystawić sukienkę za więcej niż 179 złotych, choć oczywiście w kategorii sukienek wyjściowych pojawiają się wyjątki.

Tkwimy w błędnym kole, chcemy tanich ubrań, ale ze świetnych materiałów i w krojach dopasowanych do sylwetek plus size. Czy to się da pogodzić w naszych realiach gospodarczych? Nie wiem.

Jeśli chodzi o moje przyzwyczajenia zakupowo, to jestem racjonalnym dusigroszem. W pełnych cenach kupuję głównie ubrania od nielicznych polskich firm, które szyją w moim rozmiarze i na bonprix, bo jako jeden z niewielu daje mi kolosalnych wybór i szansę na kupienie czegoś w moim stylu. Większość mojej szafy to rzeczy z sieciówek. Kupuję je z drugiej ręki, wymieniam na Vinted. Kombinuję. Kiedyś tego nienawidziłam, cała wczesną młodość spędziłam w szmateksach i to bardzo wpłynęło na moją estetykę, którą nazywam kiczowatym bazarowym szykiem. Nie znosiłam tego, że kiedy moje rówieśniczki kupowały ubrania w sklepach, ja po łokcie zanurzałam się w śmierdzących górach szmat. Z perspektywy czasu uważam, że to był super trening i dużo mnie nauczył na temat kupowania i mody w ogóle.

Emilia: Czy widzisz, że z biegiem czasu – i akceptacji własnego ciała – zaczęłaś na siebie wydawać więcej?

Ula: Trudno to oderwać od galopującej inflacji czy zwykłego wzrostu dostępności, ale tak. Teraz to się trochę normuje, ale był czas, kiedy sporo firm prowadziło politykę fat tax i liczyło sobie więcej za np. ubrania w rozmiarach od 46 w górę. Mam wrażenie, że wzrost świadomości konsumenckiej i oczekiwań klientów weryfikuje zapędy firm i takie rzeczy coraz rzadziej przechodzą na rynku. Chociaż, oczywiście, trzeba pamiętać o tym, co już się w naszej rozmowie pojawiło – szczupła osoba ma dużo większe możliwości ubrać się za nieduże pieniądze niż gruba. Podaż do naszej grupy jest odczuwalnie mniejsza.