Studiujące zaocznie płacą więcej

Dziś mam dla Was coś trochę innego.

W końcu zabrałam się za serię Kto płaci więcej?, czyli wywiady z osobami, które nie mieszczą się w narzucanych nam jedynych słusznych perspektywach na życie. Robią coś po swojemu – i opowiadają o tym, jak to wygląda od strony finansowej.

Gdy zapytałam Was jakiś czas temu na fb, o czyjej perspektywie chciałybyście usłyszeć, padł temat studiów zaocznych.

Od razu wtedy pomyślałam o Emilii Fiedorowicz – twórczyni zakręcovni, czyli miejsca w sieci dla wszystkich osób z kręconymi włosami, oraz marki Hejo by zakręcovnia.

Bardzo się cieszę, że mogłam się z nią spotkać i – nie przedłużając – zapraszam do lektury.


Emilia (własny spokój): Co skłoniło Cię do zaocznego studiowania?

Emilia F. (zakręcovnia): W moim przypadku to była po prostu konieczność.

Nie dostałam się na studia dziennie z powodu różnych perypetii z maturą. Było mi z tego powodu bardzo przykro i szukałam jakiegoś rozwiązania dla siebie.

Ale z perspektywy czasu mogę zdecydowanie powiedzieć, że cieszę się, że studiuję zaocznie i nie zamieniłabym moich studiów na dzienne.

Emilia: Jak dobrze rozumiałaś finansowe realia studiów zaocznych, gdy je zaczynałaś?

Emilia F.: Wiedziałam, ile będzie mnie kosztować mieszkanie w Warszawie i mieliśmy z chłopakiem ustalony budżet na jedzenie, którego bez problemu byliśmy się w stanie trzymać.

Wiedziałam, że muszę pracować. Na studiach zaocznych wiele osób ma studia opłacane przez rodziców. Nie byłam w stanie sama opłacić studiów, ale nie chciałam też brać pieniędzy od rodziny. Uznałam, że jak się od nich wyprowadzam, to jestem już niezależna i muszę to sobie wszystko sama zorganizować.

Miałam ten przywilej, że pieniądze na czesne mogłam pożyczyć od chłopaka, który jest starszy i już dłuższy czas pracował. Gdybym tego nie miała, pewnie bym sięgnęła po pieniądze rodziców.

Emilia: Jak wysokie czesne płacisz i jak na początku odnajdywałaś się w finansowych realiach zaocznych studiów?

Emilia F.: To 6000 zł rocznie.

Po przeprowadzce do Warszawy z monetyzacji zakręcovni miałam od kilkuset do tysiąca złotych miesięcznie plus płacę minimalną z pracy w butiku w Złotych Tarasach.

To było bardzo stresujące, bo oprócz pracy w butiku wypuszczałam dwa filmy tygodniowo na YouTube – to bardzo dużo pracy.

Emilia: Jaką rolę w tworzeniu zakręcovni miało / ma twoje studiowanie zaoczne?

Emilia F.: Do wyboru tych konkretnych studiów przekonał mnie dzień otwarty na UW, gdzie przedstawiano je jako nowoczesne i mocno skupione na social media. Wydawało mi się wtedy, że te studia będą miały dla mnie wielkie znaczenie i dobrze się wpiszą w to, co chcę robić.

Ostatecznie okazało się, że podobną wiedzę wyniosłam z mojego stażu w agencji PR-owej. Tam zobaczyłam od praktycznej strony, jak funkcjonuje PR i np. zdobyłam doświadczenie w pisaniu komunikatów prasowych.

Ten staż zdecydowanie nie byłby możliwy na studiach dziennych, bo w agencji spędzałam całe dnie i miałam 3-godzinny dojazd. To było przed pandemią i wtedy zdecydowanie nie było takiej otwartości na pracę zdalną. W agencji byłam 4 miesiące (3 miesiące stażu i 1 dodatkowy).

Bardzo źle się czułam w pracy na etat, brakowało mi takiej elastyczności.

Już wtedy miałam doświadczenie z monetyzacją zakręcovni, ale to nie były duże kwoty. To był początek pandemii i niektórzy znajomi mnie pytali, czemu zrezygnowałam z tej pracy. Może uważali, że to było nierozsądne.

Praca w agencji była na płacy minimalnej, a ja się tam po prostu źle czułam, więc odeszłam.

Emilia: W sumie od początku studiów pracowałaś cały czas na minimalnej, tworzyłaś treści na swój kanał na YT i od lutego 2020 miałaś swoją działalność. Kiedy nastąpił taki moment, że stres trochę odpuścił?

Emilia F.: Stres mam cały czas, bo jestem też taką osobą, która się dużo stresuje.

Ale taki moment, gdy przestałam się bać o swoją przyszłość był wtedy, gdy zaczęłam sprzedawać gotowe plany pielęgnacji. One się super rozeszły, choć też nie obyło się bez stresu, bo wtedy też nie do końca wiedziałam, jak ustawić automatyczną wysyłkę plików i plany wysyłałam ręcznie.

Działalność założyłam w sumie tylko po to, by sprzedawać wejściówki na warsztaty w Warszawie, ale po odejściu z agencji pomyślałam, że w sumie to skoro już ją mam, to czemu by nie spróbować coś z tym zrobić.

Emilia: Jakie głownie różnice widzisz między swoim stylem życia a tym, jak radzą sobie znajomi, którzy studiują dziennie?

Emilia F.: Obracam się w dość różnorodnym środowisku i zdecydowanie widzę różnice, choć może to nie jest wpływ studiowania zaocznie czy dziennie, ale tego, czy się wyjechało do większego miasta, czy nie.

Moim zdaniem młode osoby powinny wyjeżdżać ze swoich miast, chociaż na parę lat. Taki wyjazd rozwija wrażliwość i otwartość na innego człowieka.

Mam znajome, które zostały w mojej rodzinnej miejscowości i studiują dziennie. Mają zupełnie inne życie: wolne weekendy, gdy mogą odpocząć czy zobaczyć się z chłopakiem.

Ale ja po prostu lubię, gdy się coś dzieje i lubię to, jak wygląda moje życie. Może najlepiej mogę porównać to, jak wygląda mój tryb życia, a jak to wyglądało u mojej siostry, bo ona studiowała dziennie. Jeśli ktoś chce się samodzielnie utrzymać przy studiach dziennych, to to jest bardzo trudne i pojawia się frustracja, że się nie udaje.

A dla kontrastu, u mnie na roku większość osób pracuje i jest to praca w miarę w zawodzie – w mediach czy zapleczu dziennikarstwa.

Emilia: Tak, a jak wiemy, doświadczenie w pracy ma teraz u pracodawców bardzo duże znaczenie. Może takie przewrotne pytanie: czy sądzisz, że studia dzienne faktycznie są bezpłatne?

Emilia F.: Nie no, pewnie, że nie. My też za nie płacimy, przez podatki.

I chociaż jest mi czasem przykro, gdy widzę, że są osoby, które się nie przykładają na studiach dziennych, to też nie jest tak, że nie uważam, że ważne, żeby każdy mógł z nich skorzystać. Na studiach zaocznych też są osoby, które może nie do końca je biorą na serio, a którym rodzice je opłacają.

Emilia: Ja mam w ogóle wrażenie, że jak się dokładnie podliczy wszystkie te koszty, to często nie ma wielkiej finansowej różnicy między studiami dziennymi a zaocznymi.

Przy dziennych często płacisz czasem dojazdów, niemożliwością pracy czy niższymi stawkami w tych miejscach pracy, które oferują elastyczny grafik.

Emilia F.: Mam znajomą, która mieszka u rodziców i dojeżdża spod Olsztyna tutaj do pracy. Rozmawialiśmy o tym ostatnio i mój chłopak wtedy wyliczył, że mieszkanie tutaj i wynajmowanie nawet kawalerki z siostrą kosztowałoby tylko niewiele więcej, niż koszty dojazdu, które ona teraz ponosi.

Choć to i tak jest też wielka różnica między mniejszą miejscowością a Warszawą, że tutaj w 20 minut mogę przejechać przez całe miasto, a w Warszawie sam dojazd do agencji PR-owej na drugim końcu miasta zajmował mi półtorej godziny w jedną stronę.

Emilia: Mieszkam w Katowicach i jakiś czas temu dojeżdżałam do pracy do Krakowa. Gdy mówiłam ludziom z pracy, że dojeżdżam godzinę / półtorej z innego województwa, to byli bardzo zdziwieni i mówili, że tyle im zajmuje dojazd z innej dzielnicy. Ale za takie długie dojazdy też płaci się czym innym – nie tylko kosztami paliwa, ale i np. brakiem czasu na ugotowanie sobie jedzenia. Mam wrażenie, że ta powszechność warszawskiego stylu życia typu kawa na wynos i jedzenie z dostawą wynika też z powszechności braku czasu.

Niedawno przeprowadziłaś się do mniejszego miasta. Jak w perspektywie finansowej zmieniło się twoje życie, w porównaniu z Warszawą?

Emilia F.: To zależy, na jakim poziomie żyjesz w Warszawie. Ja żyłam na bardzo niskim.

Robiłam zakupy w Biedronce, nie chodziłam za bardzo do knajp. Za mieszkanie płaciliśmy w Warszawie 100 – 200 zł więcej, ale wtedy wynajmowaliśmy mieszkanie w strasznym stanie, taki totalny PRL, a tutaj za podobne pieniądze mamy 3-pokojowe mieszkanie i 60 m2.

Na co dzień nie wydajemy aż tak dużo więcej, ale jesteśmy też z chłopakiem oszczędni i ja mam tak, że też przy jedzeniu z dostawą pięć razy się zastanowię, czy czegoś jednak nie mogę sobie sama ukręcić w kuchni.

Za mieszkanie w Warszawie płaci się w czasie, przez bardzo długie dojazdy.

Jak rozmawiam ze znajomymi i słyszę, że wybierają, gdzie mieszkać, patrząc na długość dojazdu do pracy, to sobie myślę, że to koszmar. W Warszawie też zupełnie inaczej liczysz czas i półgodzinny dojazd do pracy wydaje się być super.

Więc finansowo wiele się nie zmieniło po przeprowadzce z Warszawy do Olsztyna. Ale mamy zupełnie inną jakość życia.